27 czerwca 2011

A wrr.

Och. Jak mnie to całe życie irytuje. Dlaczegóż to nie może być tak prosto i pięknie jak w tandetnych amerykańskich filmach, no dlaczego ? Nie dość, że u mnie nic nie układa się tak, jakbym tego chciała, ba, mało tego, wszystko jest na opak, jakieś pieprzone pomieszanie z poplątaniem; to jeszcze u innych też się pie.. hym hym sypie. I niby jak ja mam pomóc skoro nie potrafię ogarnąć własnego burdelu ? Tak często czuję się bezradna wobec tego co się dzieje. Jak mała dziewczynka, zostawiona na coraz szybciej kręcącej się karuzeli, zapomniana przez rodziców, zdana tylko na siebie, ale nie mogąca zatrzymać kręcenia. Cholera no.
Boli mnie to wszytskjo, cała ta frustracja z każdym dniem jest coraz większa i większa, rośnie mi jakaś wielka kula gdzieś w okolicy żołądka i boję tylko co będzie, jeśli pęknie. Jeśli ja w końcu pęknę i wykrzyczę całemu światu, co tak naprawdę o nim myślę.
To jest zdecydowanie zły czas. Na wszystko, na jakiekolwiek działania, na jakiekolwiek emocje. Teraz powinnam zająć się tylko i wyłącznie obowiązkami i rozwiązywaniem problemów, a nie martwieniem się o sto tysięcy innych mniej lub bardziej ważnych rzeczy. Powinnam. Ale weź tu się zajmij kiedy klin siedzi w głowie, eks irytuje, nie wiadomo co z pracą = nie wiadomo jak z kasą, tzn. wiadomo, tzn. do dupy, zaraz wyniki ... Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa !

Cytując pewnego chełmskiego gitarzystę:
                                                                " A ja to jebie !"
                                                                                                                                               koniec cytatu.



24 czerwca 2011

Rehab.

Nie jest dobrze. Nie jest, nie jest, nie jest. I choć rozpaczliwie próbuję oszukać wszystkich dookoła i siebie przede wszystkim, marnie mi to idzie. Szkoła, mnóstwo załatwień, szukanie pracy, imprezy, alkohol, spotkania ze znajomymi, wszystkie godziny z nią spędzone, strojenie się, malowanie, beztroska zabawa, robienie tego, na co mam ochotę bez myśli o konsekwencjach, ten dziki pęd, tak jakby życie miałoby mi zaraz ucieknąć sprzed nosa- to wszystko jest, było na swój sposób cudowne, bo pozwoliło mi uciec, nie zastanawiać się, pozwalało mi po prostu trwać. Ale ileż tak można ? Przecież wystarczy jeden wieczór w domu, tak jak dziś, z najsmutniejszym odcinkiem Skins jaki tylko powstał i spokojną muzyką, żeby na wierzch wyszły wszystkie moje lęki, obawy, niedopowiedzenia.
Mogę powtarzać milion razy, że nie będzie powrotów. Prawda to. Nie chcę wracać. Najzabawniejsze jest, że uświadomiłam sobie to siedząc w stanie lekkiego upojenia alkoholowego na deptaku i zwierzając się z mroczności mojego związku, przeszłego związku, osobom, z którymi tak naprawdę mam mało wspólnego, a szkoda, naprawdę szkoda. Ale choćbym powtórzyła to po raz milion pierwszy i tak nie zmieni to faktu, że czekam na jego powrót do Chełma, liczę na to, że się spotkamy, on powie, że chce zacząć od nowa, chce do mnie wrócić, a ja wtedy powiem "Nie. Nie ma powrotów."
Tylko jeśli spyta mnie dlaczego tak nagle zmieniłam zdanie, będę miała nie lada zagadkę. Bo tego to ja chyba sama dokładnie nie wiem. Nie wiem czy to kwestia czasu bez kontaktowania się, kwestia tego, że wyjechał i powoli przyzwyczaiłam się do braku jego obecności, tej czysto fizycznej, w ten to sposób, że nie mogę go nawet zobaczyć przypadkiem na ulicy. Czy to kwestia tego, że dojrzałam, by naprawdę zrozumieć, że ten związek był chory i  zniszczył jakąś część mnie, a powrót to najgorsze, co może mnie czekać. Czy też może chodzi o to, że zupełnie niespodziewanie pojawił się 'klin', burząc mój stan rozpaczy permanentnej i dostarczając mojej i tak zachwianej duszy, nowych emocji, takich samych jakie przeżywałam jeszcze w listopadzie. Nie, to nie jest tak, że nagle mi się odmieniło, przeskoczyłam z kwiatka na kwiatek, nie. Tylko ta stara miłośc jakby przygasła. A ten 'klin', to... to jest bardzo miłe, bardzo nowe, jednocześnie bardzo frustrujące, bardzo wywołujące uśmiech na mojej twarzy i kurczę, chyba mi tego brakowało. I boję się tylko, że znowu pokomplikowałam sobie życie, że pewne nieprzemyślane decyzje, a właściwie nie decyzje, tylko poddanie się chwili, że pociągnie to za sobą konsekwencje, które zaprowadzą mnie w jeszcze gorszy dół, niż ten w którym ostatnio się znajdowałam.
'Boję się' i 'czekam'. 2 najgłośniejsze szepty w mojej głowie.
Boję się. Pająków, chrabąszczy i śmierci, ostanio coraz bardziej. Wyników, braku pracy i beznadziei finansowej. Tego, że stracę te bliskie mi osoby, bez których teraz nie dałabym sobie rady. Boję się, że nie odnajdę sensu, że moje życie już zawsze będzie tak puste i bezwartościowe, jak jest teraz. Przeciez ja chcę przeżywać największe wzloty i upadki, chcę by życie zapierało mi dech w piersaich, chcę płakać ze szczęścia i piszczeć z zachwytu. A przede wszystkim chcę mieć z kim robić te wszystkie wspaniałe rzeczy. Chcę kogoś kto będzie dla mnie. Zawsze.
Czekam. Na obiad, kolację, aż ściągnie się ulubiony serial. Na wyjście, wieczór, imprezę. Na to aż ten wróci, a tamten się odezwie. Na trzydziestego, na to aż dojrzeją wiśnie. Ale przede wszystkim czekam na to, aż wydarzy się coś, co przwróci wszystko o 180 stopni. Co zburzy dotychczasowy mój świat, ale pozwoli zbudowac nowy na starych fundamentach. Co odmieni przede wszytskim mnie. Bo ja nie chcę być taka, jak teraz...
Jestem jednym wielkim strachem i czekaniem.
Dlatego jutro wieczór, paradoksalnie, zamiast cokolwiek zmienić, pewnie znowu wyjdę, pośmieję się z głupot, wypiję tańszy lub droższy alkohol i wrócę do domu, tak przyjemnie pusta w środku.

Teraz już wiem, że najgorsze co może przytrafic się człowiekowi, to zgubić samego siebie.

29 maja 2011

Pół roku.

    W dalszym ciągu jestem nieokreślona. Nie wiem, czy żałuję, czy jestem z siebie poniekąd dumna.Chyba po trosze i to, i to.
Wiem natomiast, że słowo 'koniec' jest jak najbardziej odpowiednie. Wczorajszy wieczór dał mi tę pewność. Nie jestem już naiwną dziewczynką z liceum i nie będę żyła złudnymi nadziejami. Boli chyba jeszcze bardziej, bo kiedy umiera nadzieja, cóż pozostaje ? Dryfuję teraz pośród pustki, wielkiej i bezkresnej, a jutro, wcale nie będzie lepiej, nie znajdę żadnej przystani. Mój mózg złośliwie podsuwa mi piosenki o tekstach wywołujących ścisk serca, przywołuje najbardziej banalne momenty, dziś tak kurewsko sentymentalne, natychmiast powodujące efekt mokrych oczu. Przestawiam się na tryb wegetacji, szkoda, że bez możliwości włączenia opcji 'mam wyjebane'.
Cholera, postawienie kropki na końcu ostatniego zdania, jest naprawdę trudne.
I wracając do pierwszego zdania tejże duchowej spowiedzi- jednak chciałabym cofnąć czas.


24 maja 2011

Znowu.

     Jestem w kawałkach. Czuję się jakby ktoś wyrwał mi moje i tak z lekka już połamane serce, poskakał sobie po nim co nieco, rozerwał, skleił i wsadził mi z powrotem do piersi. Tylko, że cholera zapomniał dać instrukcji obsługi i teraz to zwykły kawałek mięsa, pompa ssąco- tłocząca. Stop, co ja pieprzę ? Gdyby to był tylko kawałek mięsa, nie bolałoby mnie "tam w środku", nagły gwałtowny ścisk nie chwytałby mnie za gardło, nie zaczynałoby mi brakować powietrza w najmniej oczekiwanych momentach. Wcześniej, kiedy jeszcze "walczyłam", byłam już jako tako pogodzona z myślą, że może się nie udać, ale nigdy nie myślałam, że to będzie takie trudne.
    Najgorsze jest to, że nie wiem czy zrobiłam dobrze. Najchetniej cofnęłabym czas, tak żeby wczorajszy wieczór nie nadszedł. Wcześniej miotałam się nie potrafiąc zrobić decydującego kroku zmieniającego sytuację, teraz kiedy decyzja została podjęta, ja dalej mam mętlik w głowie.
    Nie potrafię wyobrazić sobie jutra, tego jak będzie teraz wyglądało moje życie, a nawet jesli pojawia się jakiś przebłysk wyobrażenia, mam wrażenie, że nie czeka mnie już nic dobrego, że straciłam swoją szansę na szczęście.
    Ale przecież czasem mimo wszystkich uczuć kłębiących się, trzeba zakończyć pewien etap w życiu, prawda ? Szczególnie jeśli nie wszystko jest takie, jakie powinno być, a w dalszej walce o to, by było dobrze, nie widać sensu.
Tak wiem, co mi teraz powiesz- "potrzeba czasu, czas leczy rany, bla bla", ja to wszystko doskonale wiem. Tak samo jak wiem, że to "nie koniec świata, życie toczy się dalej i może tak właśnie miało być"
Tylko, że ja w dalszym ciągu nie wiem czego chcę. 
I tak naprawdę wciąż trwa we mnie jedna wielka walka między Sercem, a Rozumem...

21 marca 2011

Talking to myself.

Moje ostanie dni, cały ubiegły miesiąc był jednym wielkim zastanawianiem się. Nad życiem, nad tym co ja robię, co chcę robić, czego ja w ogóle chcę od innych i siebie, a czego nie. Miesiąc miotania się jak w klatce, wątpienia, odnajdywania sensu i wątpienia znów. Miesiąc naprzemiennych łez i śmiechu. Wydawałam się sobie tak bardzo żałosna.
Ale kiedy dziś gadałam sama ze sobą (tak, wiem, że to podchodzi pod szaleństwo, ale uwielbiam prowadzić wewnętrzne monologi- to ponoć domena jedynaków, zresztą w dzisiejszych czasach trudno przecież o yntelygentnego rozmówcę), uświadomiłam sobie dość paradoksalną rzecz. Choć nie jest idealnie, nie robię tego co powinnam, nie zachowuję się tak, jak to przystało na mój wiek, choć ostatnio w moich relacjach z najbliższymi więcej było kłótni, niż normalnych rozmów, a ja czasami bywam naprawdę wredną suką i non stop się nad sobą użalam, choć nie wiem jak będzie wyglądało jutro, za-tydzień, za-miesiąc, choć nawet za godzinę wyprowadzona z równowagi przez byle błahostkę mogę się zaryczeć przeklinając cały świat- mimo tego wszystkiego, uwielbiam ten moment, etap życia w którym się teraz znajduję. Zmieniłam się, ale kiedy wszystko wokół się zmienia, jak można pozostać w miejscu ? Zmienia się moje podejście, poglądy, cholera, to jest fajne !
I kurczę, kocham tych ludzi, kocham to, co z nimi robię, każdą spędzoną chwilę.
I siebie zaczynam lubić...


To cudowne jak bardzo potrafi otworzyć oczy jeden poniedziałkowy poranek.


 

30 stycznia 2011

Bad before good.

I nagle brakuje tchu, jakby ktoś zabrał Ci całe powietrze. Czujesz jak się dusisz, mimo tego, że nie masz stwierdzonej astmy i nie palisz przecież tak często. Ręce zaczynają drzeć, jak u rasowego pijaka na delirce, telefon upada na podłogę, a Ty nawet nie masz siły żeby go podnieść. Wyświetlacz i tak jest pusty, więc po co ? W końcu z tej bezsilności nie wytrzymujesz, zaczynasz mówić. Ale słowa są tylko w Twojej głowie. W rzeczywistości to coś, co wydobyło się z Twoich ust, to zduszony krzyk. Zaraz pojawią się łzy. Dużo łez. Potok, rzeka, strumień, morze- jak kto woli. Osobiście preferuję określenie fontanna.
To co wokół przestaje się już liczyć. Są tylko obrazy i myśli w Twojej głowie. I muzyka. I wersy. Bolesne, od samego słuchanie robi Ci się gorzej. Ale to dobrze, przecież jesteś tak głupia, że nie zasługujesz na nic dobrego.
Wstajesz, siadasz, jesz, obficie doprawiając potrawy łzami, nawet mówisz coś do innych ludzi, choć bardziej niż dialog, przypomina to stek pretensji o wszystko.
Masz dość. Kładziesz się. Leżysz tak sama nie wiesz ile, wyrzucając sobie, jak mogłaś wszystko zepsuć i wymyślając same czarne scenariusze odnośnie przyszłości. Ale każdy scenariusz legnie w gruzach już na początku, bo nawet nie wyobrażasz sobie takiej przyszłości, jaka najprawdopodobniej Cię czeka. 
Czujesz się jak gówno. I tak wyglądasz, na marginesie.

18:53. Pik pik pik. Sms.
Ktoś włączył powietrze.




20 stycznia 2011

"There's no future without you."

Kiedy tak leżę obok Ciebie, wsłuchana w Twój oddech i tę leniwą muzykę, którą tak lubisz, a do której i ja coraz bardziej się przekonuję, wsłuchuję się i nagle czuję Twój wzrok na sobie, podnoszę głowę i widząc ten wzrok, czuję go w każdym zakamarku ciała i duszy, wtedy bezwstydnie nie marzę o niczym innym, byś patrzył tak na mnie już zawsze.
Kiedy obejmujesz mnie ramionami, mocno, jakbyś chciał mnie obronić przed całym złem czyhającym na nie-takie-małe-już-dziewczynki, chciałabym żebyś nie wypuścił mnie z nich już nigdy.
I kiedy budzę się rano że świadomością, że jesteś i za parę godzin będziesz niecierpliwie czekał na nasze spotkanie, mam nadzieję, że ta świadomość będzie mi towarzyszyć do końca.




Ale boję się, że chcę zbyt wiele.


15 stycznia 2011

Senseless.

Jeśli człowiek jest tym, co je, to ja teraz niewątpliwie jestem białym twarożkiem, który to spożywam aż nazbyt często. Podejrzewam że gdybyście mi powiedzieli, że za miesiąc nastąpi koniec świata, nie obeszłoby mnie to nic a nic, natomiast gdybym dowiedziała się, że w lodówce nie ma białego sera, zaczęłabym płakać rzewnymi łzami. Oczywiście przesadzam, ale ostatnio jest to moją domeną. Przesadzam z przeklinaniem, denerwowaniem się i posiadaniem złego humoru. Z kawą, lekami i mandarynkami. Z myśleniem i przejmowaniem się. To ostatnie chyba z nadmiaru wolnego czasu. Początek ferii w domu nie jest dobrą opcją, szczególnie kiedy cholernie tęsknisz.
Zresztą, tak ogólnie, co jest naprawdę dobrą opcją ? Oto znalazłam się w etapie, gdzie wszystko, oprócz jednej „rzeczy”, przestało mieć dla mnie sens. Pieprzona apatia i stagnacja, odbierają mi chęci do jakiegokolwiek działania. Generalnie, mam wszystko w dupie. Prawie wszystko. I chyba właśnie tylko to prawie trzyma mnie na powierzchni. Bo wszystko inne podpowiada, że lepiej zatonąć, „przespać, przeczekać” jak to śpiewa Nosowska w moim osobistym hymnie for-broken-hearted-stupid-young-girl. Tylko, że teraz nie jestem broken hearted, wręcz przeciwnie, więc w czym rzecz ?


„Co się dzieje gdy się zakochujemy?

Skutkiem tego stanu jest stymulacja podwzgórza. Mózg wydziela wtedy potężną dawkę endorfin. Ale dlaczego akurat ta kobieta i ten mężczyzna? Czy odpowiada za to indywidualny zestaw feromonów, który daje im coś w stylu biologicznego sygnału? A może są to cechy fizyczne, które rozpoznajemy? Oczy matki? Zapach, który przywołuje szczęśliwe wspomnienia?

Czy miłość jest częścią planu?”

[Mr. Nobody ]

Nie wiem dlaczego akurat ten mężczyzna. Wiem natomiast, że nie obchodzi mnie to, co mnie do niego przyciągnęło, ani dlaczego przyciąganie okazało się obustronne. Ważne jest, że tak właśnie się stało i codziennie mogę za to dziękować. A miłość nie jest częścią żadnego planu. Bo żadnego planu nie ma. Nie ma i nigdy nie było. Wszystko jest kwestią przypadku. 




2 stycznia 2011

Was it a dream, was it a dream ?

Kiedy budzę się rano po takim śnie, mam ochotę zakopać się głęboko w kołdrę i nigdy spod niej nie wychodzić. Ale tylko strząsam z siebie resztki koszmaru i wstaję, bo niby co innego mi pozostało. Boże, już jutro powrót do szarej rzeczywistości. Nie chcę, jest mi dobrze tu i teraz.
Boję się tego nowego roku. Zaczął się pięknie, ale początek zeszłego tez miał wróżyć wszystko co najlepsze, miał to być rok wyzwań i wielkich zmian, a wyszło z tego jedno wielkie gówno. Był to najgorszy rok w całym moim życiu. Jedynie końcówka sprawiła, że nie mogę uznać go za całkowicie stracony. I przez to, że boję się jak będzie teraz, absolutnie nic nie planuję. Owszem mam luźne myśli odnośnie tego jak mogłoby być, ale nie przywiązuję się do nich zbyt mocno. Przecież wszystko może się zmienić w ciągu kilku godzin.
Boję się, ale jednocześnie odczuwam wielki spokój. Nie ma nic piękniejszego niż świadomość, że jest ukochana osoba, na którą mogę liczyć, dzięki której uśmiecham się, a moje serce przepełnia cudowne uczucie i której chcę dawać to samo, co otrzymuję i wiele, wiele więcej.
I jeszcze jedno. Dziwne jest obserwować na fejsbuku, jak niegdyś bliscy Ci ludzie na nowo układają sobie życie. Życie, o którym ty nie masz już bladego pojęcia, bo nie należysz do grona bliskich. Pojawia się takie małe ukłucie.. żalu ? nostalgii ? ale cóż, taka kolej rzeczy. Ludzie przychodzą i odchodzą.
Oby tym razem było inaczej.

11 grudnia 2010

No, I'm not drunk !

W takie wieczory jak dziś, nawet jeśli nie jestem do końca trzeźwa (dobra nie oszukujmy się, wcale nie jestem) nie mogę pozbyć się uczucia, że jestem strasznie szczęśliwa. I nawet jeśli to jest tylko chwilowe, nawet jeśli jutro na wsi zamulę totalnie, bo coś tam, sratatata, nie ważne. Ważne jest „tu i teraz”. Nauczyłam się żyć chwilą. A owe ”tu i teraz” jest naprawdę obiecujące. Bo jeśli tak dobrze spędzam czas z osobami, które znam bardzo krótko, z osobami, którym mogę zaufać i na które mogę liczyć, to czego chcieć więcej ?
I jestem dumna z siebie, że odważyłam się pierdolić konwenanse, nie przejmować się tym, co inni pomyślą i postąpiłam wbrew swoim kiedyś tam ustalonym, jakby nie było, zasadom. Opłacało się zaryzykować. 
Tak tak tak tak.
A jak będzie dalej ? Nie wiem. Ważne jest przecież tu i teraz.
Choć nie ukrywam, że za każdym dniem coraz bardziej zależy mi na przyszłości


 

5 grudnia 2010

Over the rainbow tralalala.

Mój stan idealnie oddaje piosenka „Somewhere over the rainbow”. Mniej więcej tak właśnie się czuję.
W ciągu jednej sekundy, kiedy zobaczyłam ten uśmiech zdałam sobie sprawę jak bardzo naszym życiem rządzą przypadki. Naprawdę nie warto wierzyć w przeznaczenie itp. itd., bo koniec końców o tym jak potoczą się nasze losy zadecyduje z pozoru pierdoła. Pierdoła, która urośnie do rangi Wydarzenia Od Którego Wszystko Się Zaczęło. I mnie to cieszy i przeraża. Choć teraz zdecydowanie bardziej cieszy, jednak.
Nic nie poradzę- włączyła mi się emocjonalność czternastolatki, a ja nie mam zamiaru jej wyłączać, dość już stagnacji. W zasadzie to nie tylko emocjonalność ale i chęć dzielenia się tymi emocjami z każdym, kto tylko zechce mnie słuchać. Współczuję Wam dziewczyny.
I jeszcze to, że w tych nowych okularach, wszystko jest takie wyraźne, dosłownie każdy szczegół- a dla kogoś kto bez okularów jest hm hm ślepym kretem, fakt ten jest niezmiernie istotny, widzący dobrze nigdy tego nie zrozumieją. 

Nie budźcie mnie, proszę.

28 listopada 2010

Oh God.

Się porobiło. Tak, że ja już sama przestaję ogarniać.
Spadł śnieg, jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie, ale trzeba mu to wybaczyć, bo dzięki temu, że spadł, wszystko ma zdecydowanie większy urok i słodszą oprawę. Spadł śnieg, a ja znowu wyłączyłam zdrowy rozsądek. Przeszkadzał mi w robieniu tego, na co naprawdę miałam i mam ochotę, a nie pozwalał zostawić w tyle spraw, które mnie męczyły. Wyłączyłam i wszystko stało się banalnie proste, a mnie jest zdecydowanie lżej.
Zasada „nie myśl, działaj” póki co sprawdziła się w 100%. A jak będzie dalej ? Nie wiem i póki co się tym nie martwię.
„Jest super, jest super więc o co Ci chodzi ?”
Czy to mądre? Zapewne nie, ale.. Coraz mniej przejmuję się zdaniem, opinią innych osób. Moje życie, moja sprawa.
I coraz częściej nachodzi mnie myśl, że wcale nie żałuję, że jestem teraz w takim, a nie innym momencie i miejscu. Przynajmniej jest ciekawie. 
Nuda zabija, a ja odnotowuję u siebie ogólny brak odczuwania jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


20 listopada 2010

No thinking.

Bo ja to bym chciała wszystko od razu. Już. Teraz. Zaraz.  Podane na tacy, bez żadnego zbędnego wysiłku z mojej strony. A tak się nie da. Trzeba powoli, małymi krokami, nie od razu Karków zbudowano, jak to mówią. Nie od razu wszystko się udaje, jak to powtarzam sobie. Ale nie, przecież ja już w głowie zakładam sobie, że się nie uda i będzie tak jak zwykle. A nawet jeśli, to co ? Świat się zawali ? Nie.
Dlatego naprawdę nie wiem dlaczego ja muszę to wszystko pięćset razy dziennie przeanalizować, przemyśleć swoje zachowanie, zachowanie innych, co zrobiłam nie tak, co zrobiłam bardzo dobrze i tak w koło Macieju. A trzydziestominutowe podróże do szkoły sprzyjają myśleniu. Ostatnio prawie przegapiłabym mój przystanek, tak się zawiesiłam.
Jakbym po prostu nie mogła zostawić wydarzenia samym sobie i ze spokojem czekać na rozwój. Cóż, cierpliwość nie jest moją mocną stroną.

Czyli ogólny wniosek i plan na najbliższy czas: Przestać myśleć.
Inni robią to od urodzenia i jakoś żyją.


13 listopada 2010

"Życie przeważnie jest smutne. A zaraz potem się umiera..."

   Skończyłam dziś czytać „Samotność w sieci”. Ot, żadna to nowość, czytałam ja po raz czwarty. Tak, są książki, które nie nudzą się nigdy.
   Śmieszne jest to, jak bardzo różne są moje dzisiejsze myśli od tych tuż po pierwszym przeczytaniu, kiedy to miałam...14? lat. Wtedy wszystko było takie piękne, ale raczej abstrakcyjne, jedyną formą bliskości jaką znałam było zwykłe przytulenie. Gówno wiedziałam o życiu, istną tragedią był dla mnie fakt, że Sylwek ze szkoły muzycznej nie zwracał na mnie uwagi. Choć w sumie teraz też mogę powiedzieć, że choć minęły cztery lata, to wiem niewiele więcej, a niektóre problemy osobiste nie odstają poziomem od tych czternastoletnich. Trochę dostałam po dupie, owszem, ale któż z nas nie dostał, nie upoważnia mnie to do robienia z siebie eksperta, lub męczennicy. 
   Zdumiewający jest tylko schemat powtarzalności niektórych sytuacji. Bo ja jestem jak dziecko, które mimo tego, że przytrzasnęło sobie palce drzwiami, dalej pcha te same palce między te same drzwi. Jak ćma, która mimo tego, że płomień świecy boleśnie podpala jej skrzydła, lata coraz bliżej i bliżej. Głupia, głupia, głupia.

   I może gdyby nie ta książka, byłabym jedynie wkurzona, skończyłoby się na zwykłym urąganiu pod nosem.
A tak, jest mi po prostu smutno.

   I znów wszystko przez Pana, Panie Wiśniewski... 


6 listopada 2010

Bez tytułu.

Minęła już złość na cały świat, minął wielki dół, jest spokojnie i cicho. Chociaż nie, nie jest cicho- nowa i stara Coma rozkurwia sufit. Ale to dobrze. Roguca <3 nigdy dość.
Ech, nie wiem dlaczego mam zgubną przypadłość brania na swoje barki o wiele więcej niż jestem w stanie udźwignąć. Tym razem tez tak uczyniłam. Dobra dam radę (dam ?), chociaż zamiast książek do pierwszej pomocy i zeszytu z farmakologii wolałabym poczytać „Samotność w sieci”, która tak tęsknie spogląda na mnie z półki. Swoją drogą, ta książka nigdy mi się znudzi. Tak jak i marzenia o moim własnym Jakubie. Hmm, może w głębi duszy jednak jestem tą romantyczką...
Fuck it, grunt że na powrót przestawiłam się na stary tryb żywotności, bo bałam się że już do wiosny będę chodzić spać przed lub ledwo co po 22, co znacznie odbiłoby się na mojej edukacji, która w tych godzinach zawsze jest w szczytowym punkcie.
O, trzeba badylkom zmienić gazety i przytaszczyć do mojego pokoju. Niech też przeżywają  muzyczny orgazm, a co.

“For very long time we haven't been talking to each other.”
Coma-  Eckhart



24 października 2010

Gdybym.

Gdybym kiedykolwiek mogła wrócić, gdyby Ktoś dał mi możliwość cofnięcia się w czasie, zrobiłabym to natychmiast. Bez chwili wahania. Ale nie wróciłabym do października zeszłego roku, ani nawet listopada, aby nie wplątać się w destruktywny związek, przez który zniszczyłam relacje z bliskimi mi ludźmi. Nie powróciłabym też do kwietnia, lutego, czy września trzeciej klasy liceum, żeby uczyć się więcej i bez problemów dostać się na farmację. I nie do lipca, żeby nie narobić sobie tak zwanej megalipy zarówno w domu, jak i wśród jeszcze wtedy przyjaciół. Nie cofnęłabym się także do początku drugiej klasy liceum, by nie imprezować do upadłego praktycznie co sobotę. Ani do lutego w pierwszej klasie, by uniknąć mojej wielkiej i tragicznej Miłości Bez Wzajemności. Nie do grudnia 2007, zwanego w mojej prywatnej historii początkiem okresu plastycyzmu. Nie do początku liceum. Nie do pierwszego zawodu miłosnego. Nie do pierwszego kieliszka wódki, bierzmowania, KSM-u i mnóstwa innych ważnych sytuacji i decyzji. I nie do wszystkich momentów, kiedy drogi moje i ważnych dla mnie osób, rozchodziły się z mniejszym lub większym hukiem, przeważnie z mojej winy. Nie.
Gdybym tylko mogła, a wiem, że jest to niemożliwe, cofnęłabym się do 16 sierpnia 2006 roku.
Po co? 
Po to, by nie zamknąć się w szczelnej skorupie, której teraz nie potrafię już rozbić.
Bo od zamknięcia wszystko się zaczęło.


23 października 2010

Dwie.

Z jednej strony kwestia sprzeczności.
Idę do biblioteki, zdać książki, wracam z trzema nowymi, na przeczytanie których i tak nie mam czasu. Teoretycznie. W praktyce, jestem już poza połową pierwszej.
Zresztą śmieszna sytuacja w tej bibliotece. Idę do biurka, żeby wypożyczyć, pani bibliotekarka wbija książki w komputer, bierze do rąk trzecią i nawiązuje się taki oto dialog:
Bibliotekarka: O, ta to pewnie dla młodszej siostry ?
Ja: Yyyy... nie ta też dla mnie.
B: Ojej, patrząc na dwie pierwsze pozycje, ta wydała mi się za mało poważna, no w sensie że dla nastolatek. Ale każdy czyta to, co lubi, prawda ?
J: Taak, chyba tak...
I tak to właśnie że mną jest, buszuję po półkach z dobrą literaturą polską, dla poważnych dorosłych ludzi, by przy dziale młodzieżowym z entuzjazmem rzucić się na książkę, którą bardzo chciałam przeczytać jak miałam te 14, czy 15 lat. Niby chcę być dorosła, ale jednak trudno rozstać się z dzieciństwem..
Kupuję spodnie, które cholernie mi się podobają i są inne niż zwykle dżinsy widywane na ulicy, kupuję je po to, żeby się wyróżnić, a później dziwię się, że ¾ starszych pań dziwnie się na mnie patrzy.
Mówię, że mam dość brokułów, a koniec końców robię dziś sałatkę zgadnijcie z czego właśnie.
Mam ochotę wprowadzić w życie nieco niecne plany, a koniec końców, zostaję w piątek i sobotę wieczór w domu, bo... bo tak.
Czyli ogólnie rzecz biorąc, ciągle zaprzeczam sama sobie.

Ale z drugiej strony coraz bardziej się ze sobą zgadzam.
Kwestia samoakceptacji.
Już nie jest tak jak w liceum. Musze się ubrać tak i tak, żeby dobrze wyglądać, tego nie założę, bo będą się śmiać, trzeba nałożyć tapetę na twarz bo mam przecież brzydką cerę, a MUSZĘ MUSZĘ MUSZĘ wyglądać dobrze. A teraz to wszystko pierdolę. Tzn., dalej chcę wyglądać dobrze, ale już sama dla siebie, nie dla facetów, nie dla koleżanek z klasy, nie dla ludzi w autobusie. I im bardziej moje podejście jest skierowane na mamtowdupizm, z tym większym zadowoleniem patrzę w lusterko.

Jedna strona, druga strona, dżisasss. Brokuły mają chyba zły wpływa na psychikę.

17 października 2010

Pendant la nuit.

Jest 17 październik, feralna data. Godzina 23.30, zostały resztki tplu do nauczenia się i anatomia na wtorek. Lusterko stojące na biurku pozwala przyzwyczaić się do nowej długości włosów, która tym razem nie jest podyktowana chęcią zmian, a zwyczajnym babskim kaprysem. Współczuję moim sąsiadom, od tygodnia katowanym electroclashem, w dodatku dość głośno. Zadziwiam siebie brakiem corocznej jesiennej depresji, tudzież melancholii, wynikającym chyba  z faktu posiadania na telefonie samych energetycznych piosenek, przy których dobrze kręci się dupą idąc na przystanek. Bo teraz kiedy bilet miesięczny został zakupiony, przystanki staną się stałym elementem mojej egzystencji. A przynajmniej od poniedziałku do piątku. A propos telefonu- zalanie go winem fatalnie wpływa na działalność klawiatury- lekcja do zapamiętania na przyszłość. Postanowienie o nie-przeklinaniu umarło po jednym dniu stosowania, aż nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać. Myszo-szkoczek ma naprawdę nasrane w swoim ślicznym łepku, gdyż znalazł nowe hobby- wpieprzanie plastiku. Dobrze, że nie kupiłam go jak miałam 16 lat, zamiast szczura, bo wtedy zostałabym zjedzona w pierwszej kolejności. Na dworze zimno, czapka poszła w ruch, zabawne, jeszcze 2 lata temu potrafiłam całą zimę przechodzić bez czapki, bo przecież to był taaaki obciach, c’nie ? Zmiany są jednak dobre, a poznawanie ludzi fascynujące. Tęsknota z kolei jest do dupy. Wiem, Ameryki nie odkryłam. Odkrywam za to masę innych rzeczy.
I cholera, muszę w końcu zrobić zielnik.

Bon nuit.


5 października 2010

Again & again.

Czy jeśli napiszę, że mam dość tych ciągłych zmian, sytuacji, gdy rzeczywistość robi mnie w chuja, a ja sama mdleję bez wyraźnego powodu, tłukąc okulary (?!) i zostając skazaną na niemodne oprawki (!)do nie wiadomo kiedy (!!!); gdy w jednej chwili wszystko obraca się o 180 stopni i nagle zostaję wśród tego całego zasranego bajzlu całkiem sama; kiedy przestaję ogarniać sprawy wokół mnie i chyba nawet już nie chce ich ogarnąć, bo i po co, przecież jutro i tak się pozmienia; i wreszcie tego, że gdy ja stoję w miejscu wiedząc dokładnie czego chcę, cała reszta jest jedną wielką cholerną chorągiewką na jednym wielkim, pieprzonym wietrze, który przy okazji bajecznie rozwiewa mi włosy i smaga po prawie-że nagich udach- jeśli napisze, że mam tego wszystkiego dosyć do tego stopnia, że po raz kolejny mam ochotę schować się do mysiej dziury, czy będzie to w jakikolwiek sposób nowe i zaskakujące ? Zapewne nie. 

No i dobrze. Nowego mam po dziurki w nosie.


30 września 2010

Żal.

Widzę w telewizji reportaż o jakiejś ludzkiej tragedii. Szybko odwracam wzrok i czym prędzej wychodzę z pokoju. Nie jestem dobra w empatii, szczerze mówiąc jestem w tym beznadziejna. Rozczulam się tylko wtedy kiedy u mnie tez dzieje się źle, wtedy nie potrzeba wiele by doprowadzić mnie do łez. Wystarczy jeden moment w Housie (o właśnie, zasnęłam na nowym odcinku, a wcale nie byłam taka zmęczona- wniosek- nuuuuda) i już, poduszka mokra. Od łez.  
„Ty cholerna egoistko !”- tak, tak, to ja, bardzo mi miło.

Fejsbuk i gg atakują statusy i komentarze znajomych odnośnie ich przeprowadzek na studia. Wczoraj mama zapytała mnie, czy nie jest mi żal, że w tym roku zostaję w Chełmie. Mamo, o co ty w ogóle pytasz? Jak może nie być mi żal ? Przecież studia to moje marzenie. Co prawda nie rusza mnie już to, że się nie dostałam. Trudno, stało się, zdarza się nawet  w najlepszych rodzinach, a co dopiero w mojej. Jestem w innej szkole, w której uczę się w przybliżeniu tego, czego chcę się uczyć, lubię ją, jest dobrze, ale to nie jest to.  Nie jest i nie będzie.
Najgorzej jest, kiedy jadę do Lublina. Kiedy widzę te ulice, Krakowskie, Zamek i mam świadomość, że już od jutra mogłyby być moimi miejscami. Że mogłabym mieć stancję, gdzieś powiedzmy na 7 piętrze, albo w starej kamienicy, siedzieć na parapecie, pić kakao i patrzeć na deszcz za oknem. Miałabym w końcu własne, samodzielne życie. Mogłabym mieć też własne życie w Krakowie.

A tak muszę poczekać. Oby tylko było warto.